UWAGA : serwis należy oglądać w rozdzielczości 1280:1024 i najlepiej używając przeglądarki mozilla, którą gorąco polecam: Get Firefox!
Uwaga techniczna: pod IE (internet eksplorer) zdarza się że są źle kodowane polskie znaki, w takim przypadku należy wejść w pasku narzędzi IE w menu "widok"- "kodowanie" i wybrać windows-1250.



Brak miłości.

 swiatełka świec


Najważniejszym uczuciem, najważniejszym tym "CZYMŚ", co istnieje na tym świeciem, jest Miłość. Jest wielu z nas, nawet w tych, których nie podejrzewamy o możność odczuwania tego uczucia,a jednak... Część doświadcza dalej to wspaniałe uczucie, jeszcze inna część będzie potrafiła aż do śmierci, odnajdywać je ciągle w głębi siebie, dzień po dniu. Będą je uczć i obdarzać innych. "...Miłość cierpliwa jest..." - znacie to?



Jednak w części z nas uczucie to zanika, dlaczego? CO jest katalizatorem Jego śmierci w ludzkim umyśle?
Dlaczego nie umiemy kochać innych? Czasami jest tak że kochamy a później tylko tolerujemy, jeszcze później nienawidzimy.
Skąd to się bierze? Ponieważ tak właśnie chcemy. Chcemy nienawidzieć, chcemy nie kochać.
Ubieramy to chcenie w różne mądre lub mniej mądre sformułowania, maskujemy słowami, Znajdujemy powody, dla których zaczynamy najpierw nie lubić, naigrywać się z innych, a później jest już łatwo zacząć ich nie kochać. Stajemy się zgorzkniali, nie potrafimy mówić nic innego, jak tylko interpretować posunięcie i postępowanie innych wyszukując tylko złe strony tegoż. Tworzymy barierę, ale bariera ta nie odgradza nas od innych tylko ich oddziela od nas – budujemy mur do wewnątrz z czasem zatracając zdolność rozpoznania czegokolwiek poza własną goryczą, poza własnym brakiem miłości, nienawiścią do innych- za co?
Za nic.
Nawet jeżeli nasze wydumane a może nawet głęboko, przemyślane wypowiedzi czy myśli na temat innych mają podstawy, to czy warto tworzyć aurę? Aurę złą wobec kogokolwiek? Czy jednocześnie nie traktujemy tych ludzi jako kogoś gorszego? Gorszego - lekceważeniem? A z biegiem czasu i z nienawiścią?
Czy warto?
Czy nie lepiej myśleć o wszystkich jak o niewinnym aniołku? Dziecku, które pojawiło się i odeszło? Nie zdążyło dać nikomu powodu do znienawidzenia, swoją bezbronnością i bezradnością mogło jedynie wzbudzić w nas litość i żal po jego stracie.
Czy umiemy podejść tak nawet do naszych, nie – nie wrogów, tych obojętnych nam – o wrogach porozmawiamy później – znajdźmy w drugim człowieku mijanym przez nas obojętnie na ulicy bliską nam osobę- uśmiechnijmy się kiwnijmy głową, na potrącenie, czy opryskliwe uwagi zareagujmy uśmiechem, gestem dobrej woli- spróbujmy przełamać impas postarajmy się przełamać w nas samych niechęć do drugiego człowieka, niechęć do jego bycia istnienia które nam ponoć przeszkadza,
Chociaż spotkaliśmy go na chwilę na przystanku jak wymiotował będąc pod wpływem alkoholu i wzbudził w nas uczucie obrzydzenia, jak przepychał się w kolejce, jak potrącił nas na schodach, jak usiadł tuż przed nami na jedynym wolnym miejscu w tramwaju do którego też zmierzaliśmy, jak wepchnął się przed nasz samochód w korku przed światłami, i w wielu jeszcze innych złych sytuacjach, Które samym już zaistnieniem dają nam moralne prawo ( to my je sobie sami dajemy tłumacząc w ten sposób samych siebie) do ferowania wyroków na drugą osobę.
Nie znając jej. A może ten upity człowiek na przystanku utracił właśnie kogoś bliskiego, i nie umiał sobie inaczej z tym poradzić? Może ktoś jakiś „dobry” kolega namówił go no wspólny wypad do pubu, a następnie porzucił właśnie na tym przystanku?
A ten, który wepchnął się do kolejki? Może ciągle ktoś przed nim się wpychał, i on w końcu znalazł w sobie negatywną siłę, aby odpowiedzieć innemu w ten sam sposób. Gorszego może my mamy w tej chwili jedyną okazję, aby ukazując naszą miłość do niego poprzez zrozumienie, wybaczenie, a może i nawet litość w skrajnym przypadku Poprzez gest sympatii jakikolwiek zachwiejemy w nim wiarę od stosowania słynnej formuły oko z a oko?
Co z tym uczynimy? Jakie wzorce przekażemy dalej? Będziemy potrafić pokazać naszym dzieciom, co to jest takiego ta mityczna miłość?
Już zapomnieliśmy, co czuliśmy do tych naszych drugich „połówek”?
Co zwróci nam ten stan?
Gdzie się ukryły wspomnienia błogiej czułości, poświęcenia dla tej jednej jedynej osoby na świecie? Gdzie to jest? Czy przez to że zagubiliśmy je, straciliśmy także możliwość przeniesienia tego wspaniałego uczucia na innych? A może, dlatego że nie potrafiliśmy go kultywować? Pielęgnować w zaciszu domowym i utrzymać w mocy?

Zacznijmy tedy od drobiazgów. Ponownie narodźmy się dla Miłości.
Patetyczne?
Czasami potrzeba słów wzniosłych – bo uczucie zwane Miłością na to zasługuje – Jest to najwznioślejsze uczucie – co najdoskonalej opisuje list do Koryntian.
Bo Miłość jest największym darem, jakim możemy obdarować drugiego człowieka I jaki w ogóle mamy.


2. O Dzieciach i Miłości
Obdarzajmy miłością dzieci. Przede wszystkim. Jeżeli z jakiś względów nie mamy takiej umiejętności – uczmy się niej. BO nie ma nic ważniejszego. W jaki sposób dzieci mają poznać miłość, jeżeli nie od nas rodziców? Skąd mają wiedzieć, co to takiego jest? Jeżeli my ich nie nauczymy? Pamiętajmy – dzieci będą tylko takie, jakimi my ich wychowamy- będą umieć tylko to, czego ich nauczymy.


3. O życiu i miłości
Tragedia, jaka spotkała żonę mojego kolegi znów kazała mi spojrzeć się za siebie.
(Kiedyś przeżyłem podobną - również żóna poroniła - co prawda było to "tylko" tzw. puste jajo...
Nie była to jednak łatwa droga, łatwe wyzwanie.)
Zmeirzenie się z tą sytuacją, niepokój obawa, nadzieja, i później brak ...
To było ciężkie i dla mnie- a jakie dla mojej żony..., cóż nawet nie próbuję sobie wyobrazić jak to odbierała. Takie sytuacje stawiają nas nad krawdędzią można by rzec. I Znów mamy czas pomyśleć o dalszej drodze. I znów spojrzeć z przerażeniem jak mało miłości ludzie okazują
Jak niewiele potrzeba do szczęścia, a także jak niewiele do Nieszczęścia. I wtedy dostrzegamy ze to co mamy to jest Mega Kosmos- należy isę tylko cieszyć z tego co nam dał Bóg, nie rządajmy nic ponad to. Potrafmy tylko dzielić się Miłością z innym człowiekiem. Jest tak wielu ludzi którzy tego nie potrafią. Chociaż to nie znaczy, że jej nie mają. Nie umieją się jednak nią dzielić..
Dlaczego?
Skąd to? Skąd ta nieumiejętność? Do czego prowadzi?
Nie wiem.


4. O Dzieciach i Śmierci
W tym miejscu opiszę nie tylko brak miłości, brak nawet elementarnego szacunku do drugiego człowieka, nie mówiąc już o poczętym życiu. Być może była szansa na uratowanie rodzącego się życia, nawet w tak skrajnej sytuacji.
Na pewno była, kilka dni wcześniej jednak ignorancja którą wykazał lekarz, doprowadziła do poronienia.
Żona mojego kolegi poroniła. W piątym miesiącu. Ach, niby nic. Słyszymy o tym czasami, czytujemy, czy też oglądamy w tv jakieś programy naukowo informacyjne. Trudno, stało się. 40 tys kobiet w Polsce przez to przechodzi co roku...
Jesteśmy tak życiowo zagonieni, że nie analizujemy co przeżywa kobieta po takim wydarzeniu. Nie rozumiemy co to znaczy. W końcu gdzieś i mordują foki czy lisy, też przejmujemy się tym- dostajemy maile i bierzemy udział w walce s tym klikając swoje podpisy. Od razu czujemy się lepiej. Słuchamy też na temat aborcji, i mniej lub bardziej zgadzamy się z prawem kobiety do samodecydowania. I nie myśłimy prawie nigdy w takiej chwili o tych kobietach, rodiznach które pragnęły mieć dziecko, a nie mogły. Lub kiedy z jakiś powodów dziecko straciły. Zajrzałem jak co jakiś czas do pracy do kolegi. Widzę zmęczenie na twarzy, po powitaniu zdradza w prostych słowach o niespodziance utajonej, o żonie która już prawie od pięciu miesięcy oczekiwała dziecka. Nic nie mówił mi a ni nikomu - to miało być wydarzenie ich, a dopiero po narodzinach mieli dowiedzieć się koledzy czy przyjaciele. Niestety, podsumowaniem tej wypowiedzi było sakramentalne: " Właśnie wczoraj poroniła". I rozpoczął opowieść. Kiedy opisywał jak to się stało, ogarnęła mnie bezsilna wściekłość. I żal. Później przyszedł smutek i łzy.
I narodziła się myśl; musże to opisać. Muszę napisać, że komuś tam, kto mógł zdecydować inaczej, niż to uczynił, zabrakło Miłości. A nawet czegoś jeszcze – profesjonalizmu zawodowego? Człowieczeństwa?
Ale cóż to jest…?
Lekarz nie zrozumiał, a powinien. Przecież w końcu do tego właśnie został powołany – aby ułatwiać, Pomagać, dosłownie - w rodzeniu się owoców Miłości dwojga ludzi.
W swojej pysze wynikającej z okruchów wiedzy, które otrzymał od losu, być może chcąc zaimponować swoją potęgą wynikającą z władzy na stanowisku ordynatora przed gronem studentów, lub też mszcząc się za jakieś dawne winy na znajomym lekarzu, który skierował pacjentkę do niego – autorytarnie nie pozwolił na przeprowadzenie zabiegu, który Najprawdopodobniej zapobiegłby tragedii.
Brak Miłości.
Szukali w innym szpitalu- pomocy - tam było jeszcze gorzej. I dosłownie kilka dni później stało się.
Poronenie.
Wylądowała w szpitalu gdzie lekarz nei chciał wyrazić zgody na zabieg zabezpieczający przed tym strasznym wydarzeniem.
Nie dosyć tego jednak. Potraktowanie tej kobiety w szpitalu w sytuacji gdzie jej się to bezwględnie należało również nie było owocem Miłości. A nawet nie było miłosierdziem. Nie dodano jej otuchy, nie wytłumaczono, co się dzieje.
Dlaczego po odejściu wód odłączono kroplówkę i oddalono się zostawioną ją sam na sam z tragedią.
Opuścili ją ci,którzy powinni być przy niej, z racji wykonywanego zawodu. Nikt tak naprawdę, nic nie wiedział. - jedni mowili: "żyje dziecko", inni "Nie żyje". Różne zdania, brak rozeznania w sytuacji, brak fachowości może i nawet wiedzy..., A ona sama, i bezradny, zdezorientowany mąż...


Po pewnym czasie musiała urodzić martwe dzieciątko.
Krzyk, nie był krzykiem nadziei, po którym słychać by było płacz maleństwa.
Krzyczała z bólu i wzbierającego żalu, w bezdennej tępej rozpaczy świadomości straty i tęsknocie
za czymś co miało się stać, a nie nastąpiło.
Za uczuciem, które było do kruchego ciałka, miało się jednak rozwijać i rosnąć, aby stać isę najważniejszym w jej życiu.
Za chęcią do poświęcenia się dla maleństwa, za nieprzespanymi nocami, kiedy kwiliłoby samotne i przerażone tylko w ten sposób
– płaczem mogąc dać znać jak mu niedobrze. A ona z Miłości do dzidziusia, nie śpiąc, tuliłaby maleństwo w ramionach.
Za radością pierwszych przewrotów z boczku na bok, pierwszych uniesień maleńkiej główki, bystro patrzących ocząt,
tak pięknych.., słyszenia pierwszych sylab wymawianych przez malutkie usteczka, Stawiania pierwszych kroczków przez maleńkie stópki….
Nie będzie tego wszystkiego.
Została tego pozbawiona – Część jej umarła – dosłownie.
Położono ją z innymi kobietami – będącymi tuż przed porodem na wielkiej Sali – musiała słuchać ich jęków, może słów pełnych nadziei i planów na przyszłość.
Ona już ich nie miała.
Przeniesioną ją po pewnym czasie do dwuosobowego pokoju. Jednak w kilka godzin Położono na drugim łóżku młodą przyszłą matkę. Nie wytrzymała – zaprotestowała. Młodą kobietę przeniesiono, na szczęście… Nie wiedziała, czym by się to skończyło, gdyby tego nie zrobiono.
Została pustka i samotność. Dwa obchody. Na żaden z nich nie przyszedł jej oprawca – bał się wiedział, czuł…. W swej ignorancji jednak nie stać go było na stawienie czoła pełnej bólu kobiecie, która przestała być matką nim zaczęła nią się jeszcze czuć. Strach mu nie pozwolił A może tylko poczucie winy? Gdzieś tam głęboko spychane jednak poza sferę świadomości. Trzeba myśleć tylko o sobie i swojej rodzinie – reszta nieważna –jestem dobrym ojcem i mężem dla SWOJEJ rodziny – to jest najważniejsze – muszę DLA nich uniknąć odpowiedzialności. I to jest najważniejsze.
Ile czasu potrzeba, aby poczuł się lepiej? A może w ogóle zapomniał?


A kobieta? „Cóż, urodzi sobie nowe …, dziecko….”
- myśli lekarz i czuje sie usprawiedliwiony


Epilog?


Oby jak najszczęśliwszy, chociaż w tej sytuacji trudno o taki.
Załóżmy:
Kobieta wychodzi ze szpitala otoczona opieką i miłością swojego męża – dochodzi do siebie. Urządza pogrzeb swojemu aniołkowi. Jest w niej miłość i ciepło do tej cudownej kruszyny, maleństwa, które dało jej i jej mężowi tyle pięknej nadziei, szczęścia i radości.
Odwiedza je na cmentarzu – z czasem udaje się jej urodzić braciszka lub siostrzyczkę. Jednak zawsze będzie pamiętała swoje pierwsze maleństwo.
I kiedyś, jak już będzie mogła Wyjaśnić, pójdzie na grób przedstawić braciszkowi czy siostrzyczce - Aniołka.


noc 20 marca 2007.


Pragnę zapobiec takim sytuacjom, w których przyczyną śmierci maleństwa jest błąd, czy wręcz zaniedbanie lekarza. DLatego apeluję do wszystkich, którzy przeczytali tekst na stronie i którzy mają na to jakikolwiek wpływ, chociażby przez tylko zwykłą rozmowę, w której nienarodzone dziecko nie będzie przedstawione jak "coś" co określimy słowem "płód" z przydomkiem "ludzki" co w zasadzie jeszcze bardziej odczłowiecza tą maleńką istotkę.
Uświadommy takiemu lekarzowi, czy pielęgniarce że każdy z nich był czymś takim - jak chcą w ten sposób o so bie myśleć,
i niech odpowiedzą w swoich sumieniach
kiedy to i jakim cudem z "czegoś", przeistoczyli się w "kogoś". W magicznym 20 tygodniu.
Jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe, takie rozgraniczenie.
Nawet niektórzy zwolennicy aborcji nie dyskutują już o byciu czy nie byciu człowiekiem już od samego poczęcia, ale o prawie do decydowania matki - co zresztą jest w jawnej logicznej sprzeczności z tym pierwszym, bo jakżeż to?
Jeżeli jest to człowiek, to jak inny człowiek może decydować o życiu lub śmierci tego pierwszego?
Przecież to się samo wyklucza w sposób całkowicie zrozumiały i logiczny.
Na koniec jeszcze jedno:
Chińczycy liczą wiek człowieka od momentu poczęcia, a więc roczek dziecko ma trzy miesiące po prawidłowej 9-miesięcznej ciąży.
Niemożliwe jest aby najstarsza kultura azjatycka aż tak bardzo się myliła.
Smutnym jest w takim razie to jak bardzo my się cofneliśmy, cała zachodnia cywilizacja z USA na czele, uznając że, człowiekiem stajemy się odpiero po narodzinach...
Implikacje tego faktu są przerażające - czy my aby przypadkiem nie cofamy się w rozwoju kulturowym i etycznym?


 swiatełka świec

powrót na stronę główną